Prowadzi nas dziki pies

W drodze nad morze mój najstarszy syn był pilotem. Ściślej: udawał. Na mapie jeszcze się nie zna, ale uwielbia mówić: „Zjedź z ronda drugim zjazdem”, „Trzymaj się prawej” itp. W końcu powiedzieliśmy mu: „Janek, ale z Ciebie świetny dżi-pi-es”. A z tyłu rozległ się zazdrosny głos młodszego brata: „Ja też jestem dziki pies!”.

No to teraz mam w samochodzie troje dzieci i psa 😉 Dzikiego psa. A może nawet dwa psy.

Reklamy

Po dżentelmeńsku

Taką rozmowę odbyłam ostatnio z moimi synami.

– Chłopcy, dobrze wyglądam? Mogę w tym iść do pracy?

(Sześciolatek, po mocno krytycznym spojrzeniu) -Nooo. A nie możesz założyć takiej spódnicy… no wiesz, w kwiatki?

(Czterolatek, pocieszająco) – Mamo, nie przejmuj się. Masz ładne… (cisza przedłuża się niepokojąco) oczy.

Metafory w naszym żarciu

W sklepie, w którym zdarza mi się robić zakupy, można dostać egzemplarze pisemka z reklamami i przepisami kulinarnymi. I taki smakowity tekścik ostatnio znalazłam:

Jeśli kuchnia jest sztuką, to każde z dań stanowi odrębny, wyjątkowy utwór. Kunszt artysty jest tym większy, im jedzenie smaczniejsze, zdrowsze i prostsze. Mieszkańcy Kujaw są artystami z najwyższej półki. Na deskach kujawskich stołów, niczym Teatru Wielkiego, króluje niepodważalnie jedna diva – gęś kołudzka.

Kucharz jako artysta – to już wyświechtane porównanie. Ale zestawienie stołu z deskami teatru, a do tego jeszcze ta biedna gęś jako diva…

Słoń a sprawa metafory

Nie od dziś wiadomo, że metafora może być bronią. Metafora używana jako narzędzie retoryczne ustanawia zależności, które nie tak łatwo jest podważyć. Metaforę obala się zwykle inną metaforą. Oto przykład przywieziony z wakacji.

 Szliśmy sobie z moim synem przez las. Nagle Młody przewrócił się na korzeniu. Skomentował to tak, że to był „zły korzeń”. Początkowo nie wiedziałam, co miał na myśli, ale w następnym zdaniu pojawiło się wyjaśnienie: „Korzeń jest zły, bo tak powiedział Pan Jezus”. Osłupiałam. Co to za wizje mistyczne moje dziecko snuje? Po chwili dotarło do mnie, że „Pan Jezus” to oczywiście ksiądz z kościoła, w którym byliśmy kilka dni wcześniej (metonimia, czyż nie?), i że rzeczywiście mówił o korzeniu. Wprawdzie moje dziecko zdawało się wtedy kompletnie nie słuchać kazania („Mamo, kiedy będzie koniec?”), ale słowa kluczowe musiały mu się w jakiś sposób utrwalić w pamięci.

 Słowem kluczowym kazania był zaś właśnie „korzeń”. Kaznodzieja twierdził mianowicie, że – jak wiadomo – z każdego korzenia wyrasta określone drzewo, a ze złego korzenia dobre drzewo na pewno nie wyrośnie. Zły korzeń to to, co złe w człowieku, to zło zakorzenione głęboko w jego duszy – zło, z którego nic dobrego wyrosnąć nie może. Ten korzeń trzeba z siebie wyrwać.

Wizja człowieka, jaką roztoczył przed słuchaczami tenże ksiądz, była mocno pesymistyczna. A w mojej głowie dźwięczały wtedy słowa: „Jesteście wszczepieni w Chrystusa”. Każdy, kto choć trochę wie o drzewach, może łatwo podważyć metaforę, którą posłużył się kaznodzieja. Drzewo jednego gatunku da się przecież zaszczepić na drzewie innego gatunku. Wierzący, jak mówi Ewangelia, są latoroślami winnego krzewu, którym jest sam Chrystus, i mogą przynosić dobry owoc właśnie dzięki temu złączeniu z „dobrym korzeniem”, choć sami są skażeni grzechem (por. J 15, 5). Tak pisał o tym św. Paweł w Liście do Rzymian:

 Jeżeli bowiem zaczyn jest święty, to i ciasto; jeżeli korzeń jest święty, to i gałęzie.

Jeżeli zaś niektóre gałęzie zostały odcięte, a na ich miejsce zostałeś wszczepiony ty, który byłeś dziczką oliwną, i razem [z innymi gałęziami] z tym samym korzeniem złączony na równi z nimi czerpałeś soki oliwne, to nie wynoś się ponad te gałęzie. A jeżeli się wynosisz, [pamiętaj, że] nie ty podtrzymujesz korzeń, ale korzeń ciebie.
Powiesz może: Gałęzie odcięto, abym ja mógł być wszczepiony. Słusznie. Odcięto je na skutek ich niewiary, ty zaś trzymasz się dzięki wierze. Przeto się nie pysznij, ale trwaj w bojaźni! Jeżeli bowiem nie oszczędził Bóg gałęzi naturalnych, może też nie oszczędzić i ciebie. Przyjrzyj się więc dobroci i surowości Bożej. Surowość [okazuje się] wobec tych, co upadli, a dobroć Boża wobec ciebie, jeśli tylko wytrwasz w [kręgu] tej dobroci; w przeciwnym razie i ty będziesz wycięty. A i oni, jeżeli nie będą trwać w niewierze, zostaną wszczepieni. Bo Bóg ma moc wszczepić ich ponownie. Albowiem jeżeli ty zostałeś odcięty od naturalnej dla ciebie dziczki oliwnej i przeciw naturze wszczepiony zostałeś w oliwkę szlachetną, o ileż łatwiej mogą być wszczepieni w swoją własną oliwkę ci, którzy do niej należą z natury.

(Rz 11. 16-24, Biblia Tysiąclecia za: biblia.deon.pl, wyróżnienia moje – M.F.)

 Dlaczego metafora, która pojawiła się w kazaniu, wydała mi się niebezpieczna? Była – jak to metafora – obrazowa, ale uprościła opisywany problem do tego stopnia, że kazanie stało się w jakimś stopniu niezgodne (przynajmniej w moim poczuciu) z przekazem ewangelicznym. A jeśli ktoś chciałby podjąć dyskusję z kaznodzieją, to nieuchronne jest, że dyskusja ta stałaby się sporem na metafory. Przypomina mi to przykrywanie słonia kołderką. Dyskutujący przeciągają kołderkę, a słoń (zwierzę pokaźnych rozmiarów) wychyla się spod niej a to z jednej, a to z drugiej strony. Raz oglądamy ogon słonia, raz jego trąbę, a efekt jest taki, że ani słonia nie widzimy w całości, ani też całego nie możemy przykryć naszą rozciąganą na wszystkie strony pojęciową kołderką. To dopiero metafora! 😉 Obrazek

Flaneryzm raz jeszcze

Obrazek

Gustave Caillebotte. Paris Street, Rainy Day, 1877. (za: Wikipedia)

„Tygodnik Powszechny” pisze ostatnio o flaneryzmie. Najpierw pojawiło się to słowo w artykule Beaty Chomątowskiej:

Bo jeśli ktoś wierzy, że o jakości miejskiego życia, oprócz aspektów tak oczywistych jak bezpieczeństwo, dostępność podstawowych usług czy stan środowiska, decyduje też w miarę gęste rozmieszczenie na mapie lokali, w których można przysiąść w przerwie flanerowania, a samo flanerowanie (czy to słowo ma w ogóle polskojęzyczny odpowiednik?), czyli włóczenie się od punktu do punktu i gapienie na okolicę, uzna za czynność nieodłącznie związaną z przebywaniem w mieście, to egzystencja w miejscu ich pozbawionym będzie dlań zwyczajnie jałowa. (źródło: TP nr 17-18 (3329-30), 28 IV – 5 V 2013)

Hm, definicja flanerowania nie brzmi tu zachęcająco. Pewnie autorka chciała się pobawić ironią: artykuł zaczyna się od apostrofy do knajp, a przepaść między cywilizowanym Krakowem a dopiero cywilizującą się Warszawą jest nie do zasypania. W dalszej części jest i flaneur:

Sęk w tym, że choć atrakcyjnych dla flaneura lokali, powstających w skupiskach na zasadzie podobnej technologicznym klastrom, jest coraz więcej, wiele z nich znika. (źródło: TP nr 17-18 (3329-30), 28 IV – 5 V 2013)

Do artykułu Chomątowskiej nawiązał niedawno Paweł Bravo (TP nr 21 (3333), 26 V 2013 – artykuł niedostępny w sieci), proponując, aby przyjąć zaadaptowaną wersję flaner.

sloica-2

Autor: A. Znosko, http://znosko.pl/?p=1775

À propos Warszawy: jeden z moich studentów podrzucił mi ostatnio rzeczownik słoica. Nie mamy litości dla tego biednego miasta…

Flaneryzm – sztuka spacerowania?

Zakończenie wyrazu flaneryzm jednoznacznie wskazuje kategorię semantyczną typu: doktryna, idea, szkoła, kierunek. Okazuje się, że spontaniczny spacer po mieście też można „zideologizować”.

Spacery po mieście natomiast szczególnie upodobał sobie flaneryzm (od francuskiego słowa flaner [raczej: flâner – M.F.]– włóczyć się, wałęsać). To sposób życia i doświadczania świata przez wędrówkę zapoczątkowany w XIX-wiecznym Paryżu. Stolica Francji, będąca ówczesną ikoną nowoczesnej metropolii, przyciągała tłumy, a to zrodziło – jak uważał niemiecki filozof i teolog Walter Benjamin, autor „Pasaży” – typ spacerowicza samotnika podążającego pod prąd śpieszących się ludzi. Flaneur to typ bywalca bulwarów, przechodzień, który czerpie przyjemność z obserwowania przepływu życia, ludzi, towarów w mieście. To człowiek wolny, który dba o strawę duchową i używa życia. Honoriusz Balzak bywalców bulwaru nazywał cyganerią. Charles Baudelaire definiował flaneura jako poetę, obserwatora i poszukiwacza nowoczesności, widza miejskiego spektaklu, odnajdującego się w tłumie. Dla Siegfrieda Kracauera to szlifibruk. Ktoś, kto włóczy się po mieście bez celu, spaceruje, bo nie ma nic innego do zrobienia, człowiek znudzony, chłonący pejzaż miasta jak lek na własną pustkę. Pisarz Franz Hessel z kolei przedstawił zasady sztuki spacerowania. Doradzał samotne przechadzki, wtopienie się w tłum, zwiedzanie ulic miasta bez oglądania zabytków, obserwację ludzi, wystaw, okien kawiarni i poddanie się rytmowi miejskich pasaży. (źródło)

Francuski źródłosłów gubi się w pojawiającej się w polskich tekstach formie flanering, o znaczeniu raczej czynnościowym, np. ‚włóczęga po mieście’. Znalazłam też zaadaptowane flanerować [źródło], flanerowanie [źródło], flaner / flanerzy [źródło]

Nie wiadomo tylko, co zrobić z takimi tekstami, jak poniższy. Wątpliwej jakości polszczyzny żadna „kulturalna” ideologia nie ocali…

Zapraszam na krótką prezencję [? – M.F.] i na wspólne letnie flanerowanie ulicą Świętojańską, zaglądając [? – M.F.] po drodze w mikroświaty Armii Krajowej, Obrońców Wybrzeża, Żwirki i Wigury, Kilińskiego, Traugutta… Spacer zachęci nas do dalszej eksploracji Gdyni i poszukiwania pozytywnej energii zawartej w tkance miasta. [źródło]

Mława w Mławie, a Raszyn w Raszynie

„Ile jest Mławy w Mławie?” – aż trudno uwierzyć, że takie pytanie może zadać sobie językoznawca. A Wojciech Chlebda nie tylko je zadał, ale też na nie w interesujący sposób odpowiedział („Język a kultura”, tom 13).

Na mentalnej mapie Polski Raszyn zajmuje obecnie chyba niezbyt chwalebne miejsce: staje się wzorcem prototypowym brzydoty, złego gustu, bałaganu urbanistycznego. Por.

W konkursie na najbrzydsze miejsce w Warszawie żadna wylotówka nie ma szans w konkurencji z Aleją Krakowską. Rzadko tamtędy przejeżdżam, bo na ogół nie mam spraw do załatwienia w Łodzi i Krakowie, do których musiałabym użyć samochodu. Ale teraz, gdy wracałam z podróży po krajach Europy, wcale nie zachodniej, tylko z „naszego” obozu postsocjalistycznego, ten pejzaż, jak prądem [? – M.F.], poraził mnie brzydotą, której już tam się nie spotyka. (źródło)

Po mazowiecki pejzaż, który 20 lat temu zaczynał się za Łomiankami (tuż za granicą Warszawy), teraz trzeba jechać aż 70 km, za Płońsk. Ale raszynizacja przedmieść, jak nazwał ją któryś architekt, to zjawisko, które dotyczy nie tylko Warszawy i nie tylko wyjazdu na Kraków. Ta choroba toczy wszystkie większe miasta Polski. Przedmieścia zaludniają się chaotycznie, paskudnie, w tempie optymistycznie świadczącym tylko o wzroście gospodarczym. Miasta rozłażą się, wyrzucając na obrzeża to, co nie pasuje do centrum. Każdy dom innej wysokości i w innym stylu, w to wetknięte budynki gospodarcze bez myśli i planu(źródło)

Nazywam to „raszynizacją„. Kto przejeżdżał przez Raszyn, wie o co chodzi –  ilość [? – M.F.] reklam przy drodze jest taka, że nie widać znaków drogowych. Obawiam się, że jak w wielu dziedzinach, tak i w tej panuje kompletny bałagan, kto za co
odpowiada, kto czego powinien pilnować, a tłumy urzędników przesyłają papierki od biura do biura…. (źródło)

Pozdrowienie

Jaś: Mamo, jak się czujesz?

Mama: Dobrze, trochę mnie tylko boli głowa.

Jaś: To trzeba cię pozdrowić.

Po czym zostałam przebadana stetoskopem, dostałam plaster i jakiś bliżej niesprecyzowany syrop. Czuję się pozdrowiona i pozdrawiam.